Karaiby – pierwszy mój rejs. Część 2

Świat to za mało, gdy płyniesz ze mną.

Karaiby – pierwszy mój rejs
18 maja 2018
Karaiby – pierwszy mój rejs. Część 3
28 maja 2018

Na Martynikę przylecieliśmy z Paryża samolotem linii Corsair, a kolega miał dolecieć godzinę później  samolotem Air France, też z Paryża… i tu powstał problem, gdyż ta druga linia rozpoczęła strajk i Gaju nie doleciał. Wyobraźcie sobie rejs życia, wydane mnóstwo kasy i na lotnisku w Paryżu dowiadujecie się, że dalsza podróż jest niemożliwa z powodu strajku. Przez całą dobę walczył o to, żeby w jakiś cudowny sposób dolecieć na Karaiby, co w końcu się udało, ale trzy dni później. My obiecaliśmy, że wrócimy po niego na Martynikę, do Le Marin i słowa dotrzymaliśmy. Niestety nie dopłynęliśmy później do Grenady, zabrakło już czasu…

Opis jachtu

Jacht był naprawdę przestronny i wygodny. Olbrzymi kokpit z wygodnymi siedziskami i stosunkowo dużym stołem, osobne miejsce (wygodny fotel obrotowy z białej ekoskóry) przy kole sterowym. W środku – przestronna, dwupoziomowa messa z wygodnymi kanapami i duży, dobrze wyposażony (o dziwo, wszystko sprawnie działało) kambuz. Na rufie dwie dwuosobowe kajuty z oddzielnymi łazienkami, z przodu (na dziobie) dwie dwuosobowe kajuty, a przed nimi jeszcze jednoosobowe mikrokajuty. Do tych mikrokajut można było prześliznąć się przez otwór z dziobowych kajut (u podnóży koi), albo wskoczyć przez luk bezpośrednio z pokładu. Oczywiście z kajut dziobowych wchodziło się też do odrębnych łazienek. W korytarzu, pomiędzy messą a kajutami dziobowymi znajdowały się pojedyncze koje dla naszych singli. Nie chcieli tam spać z powodu stosunkowo wysokiej temperatury i zaduchu. Te przestrzenie były słabo wentylowane.

To jest nasza kajuta, a z przodu mikrokajuta. Teraz patrząc na to zdjęcie, stwierdzam, że koja jest wąska, a jaskółki (czyli półki) – znikome. Żaden luksus…

Łazienka – jak zwykle – przestronna, hahaha…

Mikrokajuty nie cieszyły się zainteresowaniem załogantów, nikt nie chciał tam spać. W związku z powyższym zorganizowaliśmy sobie tam naszą prywatną garderobę i składzik, tyle, że trzeba było tam wchodzić na czworakach. Nie wspomniałam jeszcze, że my z Gabrielem użytkowaliśmy właśnie kajuty dziobowe. Nasza garderoba była cudowna, niestety kilka razy mnie zawiodła. Przynajmniej od tego czasu pamiętam, że żeglarstwo jest sportem wodnym i musi być mokro. Ciągle zapominałam, że luk (czyli okienko) trzeba szczelnie zamykać podczas pływania, zwłaszcza na dużej fali. Kilka razy wszystkie nasze ubrania zostały potraktowane prysznicem wody morskiej.

Walka z wilgocią

Okropieństwo…po pierwszym prysznicu zrobiłam globalno-jachtowe suszenie naszych ciuchów. Wyschły, ale wieczorem, przy zwiększonej wilgotności stały się znowu wilgotne. Oczywiście zapomniałam, że sól jest higroskopijna. Całe życie człowiek doświadcza drobnych lekcji, a wniosków jakoś nie wyciąga poprawnych. Ubrania wyschły dopiero po wypłukaniu w wodzie słodkiej. Sytuacja powtórzyła się aż 4 razy. Ostatni raz ubrania zamokły nam w ostatnim dniu rejsu, w związku z czym wracaliśmy do domu z cięższymi bagażami. Szczęśliwie nie musieliśmy dokonywać dodatkowych opłat za nadbagaż, gdyż nasze wesołe tłumaczenia o mokrym rejsie trafiały do pań na lotniskach.

Kokpit Annieli

Stanowisko sterownicze

Messa – na jaskółce pod oknem leżą muszle skrzydelnika olbrzymiego

Kambuz

CDN……….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code

Translate »