Na Martynikę przylecieliśmy z Paryża samolotem linii Corsair, a kolega miał dolecieć godzinę później samolotem Air France, też z Paryża… i tu powstał problem, gdyż ta druga linia rozpoczęła strajk i Gaju nie doleciał. Wyobraźcie sobie rejs życia, wydane mnóstwo kasy i na lotnisku w Paryżu dowiadujecie się, że dalsza podróż jest niemożliwa z powodu strajku. Przez całą dobę walczył o to, żeby w jakiś cudowny sposób dolecieć na Karaiby, co w końcu się udało, ale trzy dni później. My obiecaliśmy, że wrócimy po niego na Martynikę, do Le Marin i słowa dotrzymaliśmy. Niestety nie dopłynęliśmy później do Grenady, zabrakło już czasu…
Jacht był naprawdę przestronny i wygodny. Olbrzymi kokpit z wygodnymi siedziskami i stosunkowo dużym stołem, osobne miejsce (wygodny fotel obrotowy z białej ekoskóry) przy kole sterowym. W środku – przestronna, dwupoziomowa messa z wygodnymi kanapami i duży, dobrze wyposażony (o dziwo, wszystko sprawnie działało) kambuz. Na rufie dwie dwuosobowe kajuty z oddzielnymi łazienkami, z przodu (na dziobie) dwie dwuosobowe kajuty, a przed nimi jeszcze jednoosobowe mikrokajuty. Do tych mikrokajut można było prześliznąć się przez otwór z dziobowych kajut (u podnóży koi), albo wskoczyć przez luk bezpośrednio z pokładu. Oczywiście z kajut dziobowych wchodziło się też do odrębnych łazienek. W korytarzu, pomiędzy messą a kajutami dziobowymi znajdowały się pojedyncze koje dla naszych singli. Nie chcieli tam spać z powodu stosunkowo wysokiej temperatury i zaduchu. Te przestrzenie były słabo wentylowane.
To jest nasza kajuta, a z przodu mikrokajuta. Teraz patrząc na to zdjęcie, stwierdzam, że koja jest wąska, a jaskółki (czyli półki) – znikome. Żaden luksus…
Łazienka – jak zwykle – przestronna, hahaha…
Mikrokajuty nie cieszyły się zainteresowaniem załogantów, nikt nie chciał tam spać. W związku z powyższym zorganizowaliśmy sobie tam naszą prywatną garderobę i składzik, tyle, że trzeba było tam wchodzić na czworakach. Nie wspomniałam jeszcze, że my z Gabrielem użytkowaliśmy właśnie kajuty dziobowe. Nasza garderoba była cudowna, niestety kilka razy mnie zawiodła. Przynajmniej od tego czasu pamiętam, że żeglarstwo jest sportem wodnym i musi być mokro. Ciągle zapominałam, że luk (czyli okienko) trzeba szczelnie zamykać podczas pływania, zwłaszcza na dużej fali. Kilka razy wszystkie nasze ubrania zostały potraktowane prysznicem wody morskiej.
Okropieństwo…po pierwszym prysznicu zrobiłam globalno-jachtowe suszenie naszych ciuchów. Wyschły, ale wieczorem, przy zwiększonej wilgotności stały się znowu wilgotne. Oczywiście zapomniałam, że sól jest higroskopijna. Całe życie człowiek doświadcza drobnych lekcji, a wniosków jakoś nie wyciąga poprawnych. Ubrania wyschły dopiero po wypłukaniu w wodzie słodkiej. Sytuacja powtórzyła się aż 4 razy. Ostatni raz ubrania zamokły nam w ostatnim dniu rejsu, w związku z czym wracaliśmy do domu z cięższymi bagażami. Szczęśliwie nie musieliśmy dokonywać dodatkowych opłat za nadbagaż, gdyż nasze wesołe tłumaczenia o mokrym rejsie trafiały do pań na lotniskach.
Kokpit Annieli
Stanowisko sterownicze
Messa – na jaskółce pod oknem leżą muszle skrzydelnika olbrzymiego
Kambuz
CDN……….